Gra o samorząd

Lokalni działacze zaczynają się jednoczyć. To szansa na wyjście poza logikę wojny polsko-polskiej, którą kierują się partie polityczne. Wojny, którą można zakończyć tylko od dołu – twierdzi publicysta.

Ostatnie wyniki sondażu przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” przez IBRiS, dotyczącego preferencji wyborczych, dały zaskakujący, ale i optymistyczny wynik. Nie chodzi nawet o wysoką frakcję zwolenników lokalnych bezpartyjnych komitetów. Najciekawsze jest to, że 51,5 proc. respondentów uznało obecną ofertę polityczną za niewystarczającą. Ten rezultat jest czerwoną kartką wyborców dla partyjnej wojny polsko-polskiej.

Niedługo zabrzmią medialne tuby, z których dowiemy się, jakież to cudowne programy mają partie polityczne dla samorządu. Ale powyższa czerwona kartka świadczy o tym, że naród już się tak łatwo nabrać nie da. Totalna opozycja przedstawi kolejną mutację antypisizmu, zaś PiS jeszcze jedną wersję walki z klientelizmem, tym razem na samorządowym poziomie. A więc dla Polaków będzie to następna, tym razem lokalna, wersja wojny polsko-polskiej. A Polacy są tą wojną zmęczeni. Na razie dają temu wyraz w sondażach, niedługo może i przy urnach wyborczych.

Zerwać z plemiennością

Naród wreszcie zrozumiał, że cel partyjnej walki o samorząd ma dla niego poniżający wymiar. Jest on bowiem traktowany przez partie jako poszerzone badanie marketingowe, którego wynikiem chcą pognębić politycznego przeciwnika i wytworzyć utrwalony trend preferencji wyborczych do zdyskontowania w wyborach parlamentarnych. Bo to o nie w tych wyborach tak naprawdę chodzi partiom.

Gdyby wyniki tego sondażu przełożyły się na faktyczne zachowania przy urnach, mogłoby dojść do przełamania impasu politycznej wojny w Polsce. Partie są już w swej polskiej dwójpolówce tak skłócone, że ich wyrównany wynik, a na taki się zanosi, może zmusić każdą z nich do szukania partnera w koalicji spoza partyjnego brydżyka, przy którym od 1989 roku siedzą ci sami gracze, a rozgrywa akurat ten, któremu podeszła społeczno-polityczna karta. Teraz może się zacząć demokracja, a skończyć plemienność.

Na horyzoncie bowiem rysuje się szansa, że w wyborach samorządowych pojawi się trzecia siła – zjednoczeni bezpartyjni samorządowcy, którzy jak leśniczy mogą wygonić zwaśnionych partyzantów z lasu plemienności. Dlatego zmieniłbym tytuł, który w jednym z niedawnych numerów „Rzeczpospolitej” opisywał te optymistyczne wyniki sondażu. Nie: „Partie, bójcie się lokalsów”, ale właśnie odwrotnie: „Partie, nie bójcie się lokalsów”, bo bez nich nie będziecie mogli uczestniczyć we władzy.

Polityka z ludzką twarzą

Konwencja Bezpartyjnych Samorządowców, która odbyła się w ostatnią sobotę w Tarnowie Podgórnym koło Poznania, zgromadziła setki uczestników. Warto było posłuchać, o czym mówili jej uczestnicy – ucho obserwatora przywykłe do wrzasków, połajanek i wyzwisk wobec przeciwnika, tak dominujących w polskim dyskursie, mogło ze zdziwieniem dać się połechtać słowami o budowaniu dobra wspólnego, którym przecież zajmuje się na co dzień samorząd. Samorząd, który się jednoczy, co może mieć dla polskiej sceny politycznej daleko idące konsekwencje. Należy przypomnieć, że bezpartyjne lokalne koalicje wygrywają wybory samorządowe od samego początku III RP. Tylko że po ostatniej reformie utworzony został trzeci – regionalny – poziom struktur samorządowych. I jeśli wyborca zna jeszcze swojego lokalnego bezpartyjnego wybrańca, to na poziomie wojewódzkim znajomość konkretnego kandydata już się zaciera. I do sejmików wojewódzkich wyborca wybiera nie ludzi, których zna, bo na poziomie wojewódzkim tę znajomość traci, ale suweren wraca do plemiennego podziału politycznego i głosuje na ulubioną partię w nadziei, że ta wpisała na listy dobrych, acz nieznanych mu kandydatów. W sejmikach wojewódzkich odtwarza się więc partyjny układ ogólnopolski zmodyfikowany jedynie przez lokalne różnice w preferencjach podziału PiS–totalna opozycja, pogłębione przez ordynację wyborczą.

Wspólny front

Sejmik wojewódzki jest dla samorządów lokalnych szczególnie ważny ze strategicznego punktu widzenia, bo to on jest odpowiedzialny za podział ogromnych pieniędzy unijnych na fundusze spójności. W opisanej powyżej sytuacji plemienne podziały polskiej polityki przenoszą się na poziom lokalny, infekując samorząd, w którym pieniędzmi rządzą krzykliwe mniejszości, podczas gdy rozdrobniona na lokalne koalicje większość musi się prosić o przydzielenie środków na rozwój u politycznych funkcjonariuszy. Ci zaś – jako że w Polsce treścią polityki nie jest budowanie dobra wspólnego, ale konflikt – „przeczołgują” samorządy, gdzie rządzi ich polityczny przeciwnik, a wspierają samorządy „swoje”. Natomiast bezpartyjny samorząd jest wrogiem obu plemion – tu akurat wyjątkowo plemiona się zgadzają.

Jeśli jednak zjednoczeni bezpartyjni samorządowcy skonstruują wspólny front, a właściwie markę-znak jakości i dobra wspólnego, mogą się dostać do sejmików wojewódzkich ze zdolnością koalicyjną, chroniąc swoje lokalne jednostki przed wojewódzką wersją wojny plemiennej. Ponad 70 proc. badanych chce zagłosować na swój lokalny komitet, zaś do sejmików wybiera partie. Pora, by wyborcy zrozumieli, że ich „lokalny komitet” to też lista niezależnych do sejmiku wojewódzkiego. Jeśli wyborcy to zrozumieją, dojdzie do przełomu, który skończy wyniszczającą wojnę polsko-polską, bo skończy się zero-jedynkowe myślenie o polityce, które obecnie zabija sferę publiczną. Dziś mamy bowiem tylko totalnych wygranych i totalnych przegranych, co powoduje nieustanny konflikt. Ten stan rzeczy przeczy zasadom pluralizmu i szukania kompromisów godzących różne interesy. W nowej formule polskiej polityki, która może się wyłonić po wyborach o takich preferencjach, polskie partie mogą być po raz pierwszy zmuszone do uprawiania demokracji, a nie dyktatu zwycięzców w połączeniu z totalną niemocą przegranych.

W 2018 r. możemy mieć bowiem do czynienia z różnymi koalicjami w poszczególnych województwach. Obecnie koalicje lokalne, a więc i lokalną politykę zatwierdza się w Warszawie, w centrum zwycięskiej partii. Konkretni bezpartyjni samorządowcy mogą do przyszłych koalicji dobierać różnych partnerów z najlepszym programem. Nie musi to być więc jedna i ta sama partia. I partie, w swoim lokalnym wymiarze, będą musiały wtedy pokazać, ile są naprawdę warte, bo będą się musiały postarać przekonać swym programem koalicjanta do współpracy. Do tej pory nie musiały tego robić, bo albo były zwycięzcą i brały wszystko, bez oglądania się na program, albo przegranym, więc też ich program nie był im do niczego potrzebny.

W bezpartyjności nadzieja

Wojnę polsko-polską można zakończyć nie od góry, ale od dołu; nie z wewnątrz, ale jedynie spoza jej partyjnego obszaru. Treścią polskiego systemu politycznego jest bowiem obecnie wojna dążąca do unicestwienia przeciwnika, wskutek czego uczestnicy tego systemu nie są w stanie wyjść poza plemienne widzenie świata. Musi więc to zrobić koalicja środowisk, która jest w stanie określić dobro wspólne Polaków, ponieważ na co dzień je praktykuje. Ta koalicja to zjednoczony, bezpartyjny samorząd.

Wojna polsko-polska spowodowała, że nasze elity są już kompletnie przeżarte konfliktem; wszyscy jej reprezentanci należą już do któregoś z dwóch walczących plemion. Trzeba więc sięgnąć do społecznych zasobów środowisk, które nie są jeszcze zainfekowane partyjną wojną hybrydową, a którym dobro wspólne leży na sercu. Najważniejsi wśród tych grup są bezpartyjni samorządowcy. Wystarczy tylko, by się zjednoczyli.

Jeżeli bezpartyjny samorząd zdyskontuje swoją pozycję większości, którą przecież jest, będzie mógł pogonić partyjną wojenkę spod swoich drzwi. Z korzyścią nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich Polaków. Polaków, którzy są dziś elektoratem zaciśniętych zębów głosującym od ponad 25 lat wciąż na mniejsze zło. Czas wybrać większe, bo wspólne, dobro.

Autor Jerzy Karwelis jest ekspertem Ruchu Samorządowego Bezpartyjni
Źródło: Rzeczpospolita

1
0